Zielone certyfikaty, a w szczególności ich cena łatwo prowokuje zbyt prosty wniosek: rośnie, więc rynek OZE jest mocny, spada, więc traci znaczenie. To nie działa aż tak prosto. Certyfikat nie jest samą energią, tylko potwierdzeniem jej pochodzenia, dlatego jego cena pokazuje raczej, jak rynek wycenia zielony atrybut energii, niż samą kondycję produkcji z OZE. Żeby dobrze to czytać, trzeba też odróżnić polski model świadectw pochodzenia od zachodnioeuropejskiego rynku gwarancji pochodzenia, który w większym stopniu działa jako narzędzie handlowe i rozliczeniowe.
Cena certyfikatu nie jest ceną energii?
To jest punkt podstawowy. Cena energii odpowiada za koszt fizycznego zakupu prądu. Cena certyfikatu odpowiada za wartość „zielonego” pochodzenia tej energii. Na rynku funkcjonują więc dwa odrębne sygnały cenowe. Jeden mówi, ile kosztuje sama energia. Drugi mówi, ile rynek jest gotów zapłacić za potwierdzenie, że ta energia pochodzi z OZE.
To rozróżnienie zmienia sposób czytania całego rynku. Jeżeli cena certyfikatu spada, nie musi to znaczyć, że odnawialne źródła energii przegrywają. Może to znaczyć, że zielonych atrybutów jest dużo, a rynek nie postrzega ich jako rzadkiego dobra. Jeżeli cena rośnie, nie musi to znaczyć, że przyspiesza budowa nowych instalacji. Może po prostu rosnąć popyt na certyfikaty określonego typu, z określonego kraju albo z określonej technologii.
Co pokazują ceny w polskim systemie?
Na polskim rynku sygnał jest dość wyraźny. Według danych TGE miesięczna cena PMOZE i PMOZE_A wynosiła 57,97 zł/MWh w styczniu 2024 roku, 63,82 zł/MWh w lutym 2024 roku, 34,85 zł/MWh w styczniu 2025 roku, 32,84 zł/MWh w lutym 2025 roku i 26,13 zł/MWh w marcu 2026 roku. Roczna cena dla 2026 roku wyniosła 27,19 zł/MWh. To nie jest drobne wahnięcie. To dłuższy ruch w dół, który mówi, że rynek coraz niżej wycenia wartość tego konkretnego instrumentu.
Taki spadek nie oznacza automatycznie, że zielona energia przestała mieć znaczenie. Oznacza raczej, że sam zielony certyfikat nie jest dziś dobrem szczególnie rzadkim. Wartość wsparcia, jaką daje posiadanie prawa majątkowego, jest relatywnie niska, a rynek nie sygnalizuje silnego niedoboru tego instrumentu. Jeszcze wyraźniej widać to w zestawieniu z certyfikatami dla biogazu rolniczego. W marcu 2026 roku miesięczna cena PMOZE i PMOZE_A wynosiła 26,13 zł/MWh, podczas gdy PMOZE-BIO 300,08 zł/MWh. To bardzo duża różnica. Pokazuje, że rynek nie wycenia „zieloności” jako jednego, jednolitego towaru, tylko bardzo konkretny segment systemu wsparcia.
Ważny jest też drugi element. Dla zielonych świadectw pochodzenia nadal działa obowiązek ich przedstawienia do umorzenia. Mimo tego cena pozostaje niska. To mocna wskazówka interpretacyjna: skoro nawet przy ustawowym popycie cena nie rośnie, rynek najwyraźniej nie widzi tu napięcia podażowego. W takim układzie cena certyfikatu mówi bardziej o braku rzadkości instrumentu niż o ogólnej kondycji OZE.
Niska cena nie musi oznaczać słabego rynku OZE
To chyba najważniejszy wniosek pod ten temat. Niska cena certyfikatu nie musi oznaczać, że rynek odnawialnych źródeł energii jest słaby. Może oznaczać coś dokładnie odwrotnego: że zielonych atrybutów jest dużo, rynek jest nasycony, a sam certyfikat nie daje już wysokiej premii za pochodzenie energii.
To ważne także dlatego, że część rynku nadal miesza dwa pytania. Pierwsze brzmi: czy w systemie jest dużo zielonej energii. Drugie: ile rynek dopłaca za sam certyfikat pochodzenia. To nie jest to samo. Można mieć dużą produkcję energii odnawialnej i niską cenę certyfikatu. Można też mieć moment wzrostu cen certyfikatów bez proporcjonalnego skoku nowych inwestycji. Cena tego instrumentu pokazuje relację podaży i popytu na sam atrybut środowiskowy, a nie prostą kondycję całej transformacji energetycznej.
Zielone certyfikaty – co mówi wysoka cena?
Wysoka cena certyfikatu zwykle mówi o tym, że rynek bardziej ceni dany atrybut albo że pojawia się jego względny niedobór. To może dotyczyć konkretnej technologii, kraju pochodzenia albo określonej jakości produktu, która jest potrzebna odbiorcom do raportowania, sprzedaży zielonych taryf albo budowania własnych strategii zakupowych. W takim sensie wyższa cena jest sygnałem silniejszego popytu na sam certyfikat, niekoniecznie na sam prąd.
Dobrze pokazuje to niemiecki rynek Herkunftsnachweise. Historycznie rynek miał raczej wystarczającą podaż, a wyjątkiem był 2022 rok, gdy ceny mocno wzrosły między innymi na tle ograniczeń podażowych. To nie był sygnał, że transformacja nagle przyspieszyła. To był raczej sygnał, że konkretny produkt na rynku stał się chwilowo trudniej dostępny. Taki epizod pokazuje, że cena certyfikatu może być wskaźnikiem napięcia rynkowego, ale nie powinna być czytana jak prosty barometr rozwoju OZE.
Niemcy i Holandia pokazują, że rynek dojrzały działa inaczej
W Niemczech widać już dość dojrzały model myślenia o certyfikatach. Gwarancje pochodzenia pełnią tam przede wszystkim rolę potwierdzenia dla odbiorcy końcowego, a ich cena zależy od podaży, popytu, technologii i miejsca wytworzenia. Jednocześnie ich wpływ na realne przyspieszenie transformacji energetycznej jest ograniczony. To bardzo ważna obserwacja. Oznacza, że na rynku dojrzałym certyfikat coraz częściej przestaje być głównym motorem inwestycji, a coraz bardziej staje się instrumentem transparentności i wartości handlowej zielonego produktu.
Holandia dochodzi do podobnego punktu z innej strony. Wartość GvO jest tam uwzględniana jako element kwoty korekcyjnej w systemie SDE++. To znaczy, że wartość rynkowa gwarancji pochodzenia jest już traktowana jako normalny składnik przychodów związanych z zieloną energią. Certyfikat nie działa więc w oderwaniu od polityki wsparcia, ale jednocześnie ma realną, własną wycenę rynkową. To pokazuje dojrzałość rynku: zielony atrybut energii funkcjonuje jako osobny strumień wartości, który trzeba uwzględniać w kalkulacji całego systemu.
Co mówi skala rynku europejskiego?
Dobrym tłem dla tych interpretacji jest wielkość całego rynku. W 2024 roku wolumen wydanych gwarancji pochodzenia energii elektrycznej w systemie EECS przekroczył 1 084 TWh, a sam wolumen wzrósł o 10% rok do roku. To ogromna skala. Ona mówi jedno: europejski rynek certyfikatów pochodzenia nie jest niszowy ani marginalny. To duży, dojrzały rynek z własną podażą, własnymi przepływami handlowymi i własną logiką cenową.
W takiej skali certyfikat przestaje być dodatkiem do sprzedaży energii. Coraz bardziej staje się osobnym produktem rynkowym. To widać także po przepływach handlowych między państwami. Niemcy i Holandia należą do największych importerów netto gwarancji pochodzenia. Cena certyfikatu coraz częściej odzwierciedla więc nie tylko sytuację po stronie wytwórców, ale także oczekiwania po stronie odbiorców i sprzedawców energii, którzy potrzebują wiarygodnych certyfikatów do rozliczeń, disclosure i ofert zielonej energii.
Zielone certyfikaty – co ich cena mówi o rynku?
Jeżeli zebrać to do jednej odpowiedzi, wychodzi z tego kilka prostych wniosków.
Po pierwsze, cena zielonych certyfikatów mówi, jak rynek wycenia sam zielony atrybut energii, a nie samą energię. Po drugie, niska cena częściej oznacza dużą podaż certyfikatów. Ewentualnie ograniczoną premię za ich posiadanie niż słabość odnawialnych źródeł energii. Po trzecie, wysoka cena mówi raczej o niedoborze określonego produktu albo silniejszym popycie na potwierdzenie pochodzenia niż o automatycznym przyspieszeniu inwestycji.
I to jest chyba najuczciwszy sposób czytania tego instrumentu. Zielone certyfikaty nie mówią prostym językiem: rynek rośnie albo rynek słabnie. Mówi coś bardziej precyzyjnego: jak dużo jest zielonych atrybutów, jak bardzo są potrzebne kupującym i jaką funkcję pełnią w danym systemie energetycznym. W Polsce ten sygnał nadal mocno dotyczy mechanizmu wsparcia. W Niemczech i Holandii coraz wyraźniej mówi o wartości handlowej pochodzenia energii. To ta różnica decyduje, czy cenę certyfikatu czyta się dobrze, czy tylko intuicyjnie.
Podsumowanie
Cena zielonych certyfikatów mówi przede wszystkim o relacji między podażą zielonych atrybutów energii a popytem na ich wykorzystanie, a nie o samej cenie prądu czy prostym tempie rozwoju OZE. Niska cena zwykle oznacza, że rynek nie widzi niedoboru tego instrumentu i nie przyznaje mu wysokiej premii, a wysoka częściej sygnalizuje większy popyt na określony typ certyfikatu niż automatyczny boom inwestycyjny. W Polsce ten sygnał nadal mocno wiąże się z mechanizmem wsparcia i obowiązkiem umorzenia, natomiast w Niemczech i Holandii coraz wyraźniej pokazuje wartość handlową pochodzenia energii jako osobnego produktu rynkowego. Dlatego zielone certyfikaty warto traktować nie jako prosty wskaźnik siły rynku OZE, ale jako bardziej precyzyjny barometr tego, jak rynek wycenia samą „zieloność” energii.






